Przyszłość frankowiczów

Czas czytania
4 minut
Przeczytałeś już
Odsłony
1 324

Przyszłość frankowiczów

29 Luty 2016 - 06:10
Kategoria:
0 Komentarze/y)

Prezydencki projekt przeliczenia kredytów frankowych po tzw. kursie sprawiedliwym, ma kosztować banki nawet 60 mld zł i trwale zaszkodzi polskiej gospodarce – ostrzegają ekonomiści.

Bomba wybuchła rano 5 stycznia 2015 roku. Przedstawiciele szwajcarskiego banku centralnego (SNB) ogłosili, że nie będą dłużej utrzymywać minimalnego kursu wymiany franka wobec euro. Wartość helweckiej waluty wystrzeliła w górę. Nagle się okazało, że z blisko miliona Polaków zadłużonych właśnie we frankach szwajcarskich, spora część nie jest zdolna obsługiwać swojego kredytu.

Szlachetny rząd

Już przed decyzją SNB sytuacja frankowiczów była bardzo napięta. Większość z nich zadłużyła się w 2008 roku. Od tego czasu frank zyskał na wartości ponad 60 proc., co spowodowało skokowy wzrost obciążeń kredytowych wielu rodzin. Kiedy na początku 2015 roku szwajcarscy bankierzy zafundowali zadłużonym kolejną kilkunastoprocentową podwyżkę rat – ci zaczęli wołać o pomoc do rządu, oskarżając jednocześnie banki o oszustwo. Zarzucili im, że nie informowały klientów o potencjalnym ryzyku związanym z wahaniami kursu walutowego. Minęło przeszło pół roku, zanim gabinet ówczesnej premier Ewy Kopacz zaproponował opcję, w której kredyt zostałby przewalutowany po kursie z dnia jego udzielenia, a koszt 90 proc. różnicy kursowej miałyby ponieść banki. Niektórzy zapewne zdążyli otworzyć szampana z radości, że ich problem rosnących rat kredytowych wkrótce zostanie rozwiązany.

Groźba potężnej straty

Kiedy w sierpniu 2015 roku Sejm przyjął ustawę w sprawie przewalutowania kredytów, przez giełdę przetoczyło się tsunami. Najwięcej straciły banki posiadające w swym portfelu kredytowym najwyższy odsetek hipotek denominowanych we frankach. Dla przykładu, Getin Noble Bank według danych z listopada 2014 roku miał blisko 30 proc. kredytów w walutach obcych. Jeszcze więcej hipotek walutowych udzieliły Millennium oraz mBank. Ogółem banki działające w Polsce przyznały we frankach ponad 560 tys. kredytów, których wartość po ostatnim umocnieniu szwajcarskiej waluty wynosi ponad 150 mld zł. Gdyby ustawa w wersji proponowanej przez PO weszła w życie, sektor bankowy poniósłby straty rzędu 20 mld złotych. To tyle wynosi półtoraroczny zysk netto wszystkich banków funkcjonujących w naszym kraju.

Wiara w rozsądek

Ostatecznie wobec oporu ze strony opozycji, koalicyjnego PSL oraz poprawek Senatu, ekipie Kopacz zabrakło czasu, by uchwalić prawomocne rozwiązania problemu frankowiczów. Sprawę kontynuowała jednak Kancelaria Prezydenta Andrzeja Dudy. Projekt ustawy o sposobach przywrócenia równości stron niektórych umów kredytu w pierwotnej wersji był w pewnym sensie rewolucyjny. Oprócz tego, że banki obciążał 70-proc. udziałem w kosztach przewalutowania kredytu, posiadacz hipoteki mógł zrezygnować z jego spłaty i oddać kupioną nieruchomość. Rozwiązanie to powszechnie stosuje się między innymi w Stanach Zjednoczonych. Przy czym projekt pomocy frankowiczom zakłada, że bank może nie zgodzić się na zwrot nieruchomości, jeśli kredytobiorca w ostatnim roku zarabiał w walucie kredytu lub jego zarobki są co najmniej pięć razy wyższe niż miesięczna rata kredytowa. Według szacunków Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową, to rozwiązanie kosztowałoby banki 13,6 mld zł. Propozycja nie spodobała się też zainteresowanym. Zadłużeni domagają się pełnego przewalutowania kredytów. Polegałoby to na ustaleniu wysokości hipotetycznej raty kredytowej, gdyby zobowiązanie spłacano od początku w złotówkach. Propozycja ta nie mówi nic na temat podziału kosztów przewalutowania – w domyśle za całość zapłaciłyby banki.

Kurs sprawiedliwy

W połowie stycznia Kancelaria Prezydenta wyszła z kolejną propozycją, mrożącą bankowcom krew w żyłach. Nowy projekt zakłada, że zadłużonym zostałby zwrócony cały spread walutowy, a także wprowadza pojęcie tzw. kursu sprawiedliwego. W praktyce oznacza to, że dług zostałby przewalutowany na polskie złote, jednak nie po kursie rynkowym, a według sztucznego przelicznika. Konwersja zadłużenia będzie szczególnie opłacalna dla osób, które zaciągnęły kredyt w latach 2007–2008. Według kalkulatora dostępnego na stronie Kancelarii Prezydenta „kurs sprawiedliwy” dla tamtego okresu wynosi średnio 1,90 zł (wobec 4,05 zł obecnie). To nawet mniej, niż wynosił ówczesny kurs rynkowy – właśnie taki będzie przelicznik stosowany przy wyliczaniu wysokości nowych rat kredytowych. Konfederacja Lewiatan szacuje, że propozycja będzie opłacalna dla około trzech czwartych kredytobiorców.

Z punktu widzenia banków sytuacja wygląda natomiast dramatycz-nie. Potencjalne straty z tytułu zwrotu spreadu walutowego szacowane są na około 11 mld złotych. Dwukrotnie więcej wyniesie koszt przeliczenia wartości kredytu według „kursu sprawiedliwego”. Najłagodniejsze szacunki mówią tu o łącznych stratach polskiego sektora bankowego na poziomie 33 mld złotych. Spotkać się można też z opiniami analityków, które liczą się z kosztem rzędu 50–60 mld zł.

W najbliższym czasie zapewne czekają nas protesty przedstawicieli banków oraz kolejne poprawki do ustawy. Wypracowanie kompromisu pomiędzy stroną społeczną a bankami nie będzie łatwe. Z jednej strony należy bowiem spełnić oczekiwania osób zadłużonych, proponując im konkretne działania pomocowe, jednak z drugiej trzeba cały czas mieć wzgląd na stabilność systemu finansowego. W obecnej chwili ustawa trwale narusza stabilność całego sektora bankowego, ale także może odbić się na innych sektorach gospodarki między innymi poprzez ograniczenie prowadzonej akcji kredytowej.

Przykład Węgrów

Polscy frankowicze nie są osamotnieni. Problem na większą skalę do niedawna występował na Węgrzech. Tamtejsze banki udzieliły blisko 1 mln kredytów walutowych, co stanowiło ponad dwie trzecie łącznej wartości ich portfeli. W ten sposób finansowano nie tylko zakup nieruchomości, lecz także bieżące wydatki konsumpcyjne. Dziś bilanse instytucji bankowych są już wolne od zobowiązań denominowanych w walutach obcych. Odbyło się to jednak ogromnym kosztem, szacowanym na równowartość około 5 proc. węgierskiego PKB (ok. 20 mld zł). Żeby do tego doprowadzić, w 2011 roku rząd umożliwił obywatelom dobrowolną spłatę kredytów na preferencyjnych warunkach. Choć kurs, po jakim można było dokonać spłaty, wynosił tylko 180 forintów za 1 franka i był niższy o ponad 25 proc. od kursu rynkowego, z tej opcji zdołało skorzystać niespełna 40 proc. zadłużonych Węgrów. Tylko tylu bowiem sprostało postawionemu warunkowi: spłata należności miała być jednorazowa. Dopiero w 2014 roku udało się całkowicie wymazać kredyty frankowe z bilansów węgierskich banków. Sąd Najwyższy dopatrzył się zawyżania wysokości rat kredytowych (nawet o 25 proc.) i zażądał modyfikacji umów. Przyjęta dwa miesiące później ustawa, nakazywała konwersję zadłużenia na forinty przy aktualnym kursie rynkowym. Operację zakończono jeszcze przed styczniową decyzją Narodowego Banku Szwajcarskiego. Gdyby węgierski rząd spóźnił się choćby o miesiąc (pierwotnie konwersję planowano na wiosnę 2015 roku), straty banków związane z przewalutowaniem byłyby wyższe o następne kilkaset mld forintów (kilka mld złotych).

Ktoś i tak za to zapłaci

Węgierskie banki nie tylko poniosły ogromne koszty, ale weszły w posiadanie tysięcy mieszkań, którymi nie mogą dowolnie dysponować. Obowiązuje je bowiem limit sprzedaży, wprowadzony przez rząd w trosce o kondycję rynku nieruchomości.

Niestety – niezależnie od ostatecznego rozwiązania, które zapadnie w kwestii polskich frankowiczów – straty także będą miliardowe. Te pieniądze wyłożą albo banki – więc w części też ich klienci – albo, jeśli żaden projekt nie wejdzie w życie, sami kredytobiorcy, płacąc wyższe raty.

Artykuł pochodzi z nr 2/2016 Eurogospodarki

Dodaj nowy komentarz

Plain text

  • Znaczniki HTML niedozwolone.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
Graficzne pułapki CAPTCHA
Wprowadź znaki widoczne na obrazku.