Kto pacnięty? Klient!

Czas czytania
4 minut
Przeczytałeś już
Odsłony
1 528

Kto pacnięty? Klient!

29 Luty 2016 - 06:15
Kategoria:
0 Komentarze/y)

Rząd szacuje, że dzięki podatkowi bankowemu do budżetu trafi dodatkowe 6 mld zł. Daninę zapłacą nie tylko banki, ale również ubezpieczyciele oraz firmy pożyczkowe. Tymczasem wiele wskazuje na to, że koszty podatku zostaną przerzucone na klientów.

Według danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego na ratowanie banków podczas kryzysu finansowego w latach 2008–2009 w samych Stanach Zjednoczonych przeznaczono ponad 3,5 bln dol. Jeszcze większa była pomoc udzielona europejskim instytucjom bankowym. Komisja Europejska wyliczyła, że w formie bezpośrednich zastrzyków kapitałowych, ulg oraz gwarancji wydatkowano aż 4,5 bln euro. Bez tej publicznej pomocy światu groziłby kryzys na miarę tego, jakiego doświadczyliśmy na początku lat 30. XX wieku. (Wówczas światowa wymiana handlowa zmniejszyła się o dwie trzecie, a wielkość PKB Stanów Zjed-noczonych w ciągu czterech lat skurczyła się o ponad 25 proc.)

Pokuta za granicą

Udzielenie pomocy finansowej bankom od samego początku budziło jednak liczne protesty społeczne. Dla wielu z nas banki to krwiożercze instytucje, nastawione głównie na drenowanie portfeli swoich klientów. Dlaczego więc obywatele mają zrzucać się na ich ratowanie – można było usłyszeć. Taki pogląd był o tyle uzasadniony, że za wybuch ostatniego kryzysu odpowiedzialne są właśnie instytucje finansowe. Rządom państw, które zdecydowały się ratować banki, zarzucano ich priorytetowe traktowanie w myśl zasady – „zyski zostają u nas (tj. w bankach), natomiast straty dzielimy między wszystkich”. Kiedy więc widmo upadku globalnej gospodarki zostało zażegnane, wiele państw Wspólnoty Europejskiej zdecydowało się wprowadzić podatek bankowy. W zamyśle miała być to forma zadośćuczynienia za popełnione błędy. Kredyt zaufania zaciągnięty u obywateli banki spłacają w formie podatku, który zasila centralny budżet (w większości krajów danina liczona jest bowiem od wysokości osiągniętego zysku netto).

W Polsce bez grzechu

Ta szlachetna idea nie ma jednak zastosowania w przypadku naszego kraju. Polskie banki przeszły przez światowy kryzys niemal bez szwanku. Wprawdzie zysk sektora w najgorszym 2009 roku nieco się zmniejszył, ale i tak banki zarobiły wówczas na czysto aż 8,7 mld zł (dla porównania w 2014 roku zysk netto sektora wyniósł 16,2 mld zł). Łączna wartość pomocy dla banków, której udzielił polski rząd, stanowiła równowartość zaledwie 1,5 proc. tej, którą przyznano ośmiokrotnie mniejszej Irlandii!

Podatek w wydaniu polskim

Mimo to ustawa o podatku bankowym w ostatnich dniach grudnia 2015 roku została uchwalona przez Sejm. Rząd okazał się przy tym zadziwiająco szczery. Zamiast mydlić wyborcom oczy o przesłankach stojących za wprowadzeniem nowej daniny, stwierdził jasno – celem podatku jest „finansowanie wydatków budżetowych, a w szczególności wydatków społecznych”. W polskim przypadku podstawą opodatkowania będzie wysokość posiadanych aktywów (w przypadku banków niemal 100 proc. aktywów stanowią udzielone kredyty). Dla instytucji bankowych jest to szczególnie uciążliwa forma obciążenia – nie ma tu bowiem znaczenia, w jakiej sytuacji finansowej znajduje się dany bank. Jeśli np. połowa przyznanych kredytów nie zostanie w ogóle spłacona to i tak zapłaci od nich podatek. Rząd tłumaczy, że taka forma ma uniemożliwić transferowanie zysków za granicę (wciąż ponad 70 proc. aktywów polskiego sektora bankowego jest bowiem w rękach firm z zagranicy) oraz sprawić, że banki będą rozsądniej udzielać kredytów. Ostateczna wysokość daniny ma wynieść 0,44 proc., a płatności mają być dokonywane nie raz w roku, ale w comiesięcznych transzach. Przewidziano przy tym niewielką kwotę aktywów wolnych od podatku – w przypadku banków będą to 4 mld złotych, a firm ubezpieczeniowych 2 mld złotych. Z daniny wyłączone będą także kapitały własne banków (stanowią one przeciętnie tylko kilkanaście procent ogólnej sumy posiadanych aktywów).

Rząd opodatkowuje sam siebie

Szacowane straty sektora finansowego z tytułu podatku bankowego mogą wynieść około 6 mld zł. Najbardziej poszkodowane będą największe instytucje – tylko PKO BP odda państwu niemal 1 mld zł rocznie. Niewiele mniej zapłacą Pekao, BZWBK, mBank czy PZU. W przypadku największego polskiego banku, czyli PKO BP, państwo tak naprawdę w dużej części opodatkowuje samo siebie. Do Skarbu Państwa należy bowiem prawie 30 proc. kapitału akcyjnego. Jest więc całkiem możliwe, że państwo będzie chciało zmniejszyć liczbę posiadanych akcji PKO BP, sprzedając je bezpośrednio na giełdzie. Wskutek presji związanej z nowym podatkiem wartość rynkowa banków od maja 2015 roku stopniała już niemal o 30 proc. Okazuje się, że zysk netto najsłabszych banków, czyli BOŚ, BPH czy Getin Noble Banku, po zapłaceniu podatku może spaść poniżej zera. Ogółem wynik netto całego sektora w bieżącym roku może skurczyć się nawet o jedną trzecią. Ucierpi także branża ubezpieczeniowa, w której dominującą rolę z około 30-proc. udziałem w rynku odgrywa PZU SA. Tutaj mamy podobną sytuację, jak w przypadku PKO BP, gdzie dominującym udziałowcem pozostaje Skarb Pań-stwa.

Zapłacą klienci

Jeszcze jesienią ubiegłego roku rząd, powołując się na prawa wolnego rynku oraz obecność takich organów jak m.in. UOKiK zarzekał się, że banki nie przerzucą kosztów podatku na swoich klientów. Rzeczywistość wygląda jednak nieco inaczej – już w grudniu 2015 roku pierwsze dwie instytucje: mBank oraz Deutsche Bank skorygowały warunki, na których udzielane będą kredyty hipoteczne dla nowych klientów. Wysokość marży kredytowej wzrosła odpowiednio o 0,40 i 0,65 proc. Choć w argumentacji nie stwierdzono wprost, że zmiana jest pokłosiem podatku bankowego, to jednak sprawa wydaje się oczywista.

Stratne mogą być także przedsiębiorstwa. Wiele firm ma obecnie możliwość korzystania z finansowania bankowego z marżą na poziomie 1,5–2 proc. rocznie. Jeśli banki podniosą koszty finansowania o równowartość nowego podatku, wówczas ich koszty odsetkowe mogą wzrosnąć o 20–30 procent. Dla przykładu – zarząd spółki PKP PLK zapowiada, że w najbliższych latach nakłady inwestycyjne przekroczą 8 mld rocznie. W tym przypadku koszt obsługi długu mógłby zwiększyć się o ponad 35 mln zł na rok. Wygląda więc na to, że za realizację obietnic złożonych przez obecny rząd zapłacimy my sami.

Artykuł pochodzi z nr 2/2016 Eurogospodarki

Dodaj nowy komentarz

Plain text

  • Znaczniki HTML niedozwolone.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
Graficzne pułapki CAPTCHA
Wprowadź znaki widoczne na obrazku.